piątek, 4 grudnia 2015

Po co nam zaręczyny?

Witam.



Jesteście razem już x lat. Może wspólnie mieszkacie, może dopiero o tym myślicie. Coroczne wakacje, wyjazdy. Wspólne Święta. I tak co roku. Kolejne wspólne wakacje, romantyczny spacer, kolacja. On nagle klęka i pyta "Czy zostaniesz moją żoną?". Zdziwienie, radość wzruszenie i zdecydowane "TAK". Masz pierścionek na palcu i zostałaś właśnie NARZECZONĄ. I co dalej?
Teoretycznie powinniście zacząć planować ślub. Jednak to różnie bywa, czasami od zaręczyn do ślubu mija kilka miesięcy czasami kilka lat. Różnie bywa. Jednak jedno pytanie mnie dręczy. PO CO ludzie się zaręczają? Przecież mówi się, że po ślubie to już się wszystko zmienia. Że to już nie "kochanie", a "stara" i "stary". Że kłótnie, awantury, sprzeczki itp. Że ona jest taka i taka, a on to jeszcze gorszy. 
Znajomy kupił pierścionek x czasu temu. Wiem, bo widziałam. Zapytany niedawno czy już "po", powiedział, że nie. Łał, tyle czasu. Na co czeka? A no, jak to określił, na "przypływ głupoty albo rozsądku". Zamurowało mnie trochę, nie powiem. Kocha, czy nie kocha? Głupoty? Kurdę, jakiej głupoty? Ona ma być jego ŻONĄ, a on mówi, że to głupota? No to po co kupił ten pierścionek? 
Stąd właśnie moje pytanie. Po co mężczyźni się oświadczają, a kobiety w radości krzyczą "TAK"?
Mogłoby się wydawać, że to właśnie kobieta chce mieć zaręczyny i wymarzony pierścionek na palcu, i to dla niej mężczyzna to robi. Może i tak też czasami jest. Ale co jeśli kobieta o zaręczynach nie myśli, o ślubie nie wspominając, a mężczyzna mimo to kupuje pierścionek? A później narzeka, że żona taka i taka zła. Rozsądek? Jaki rozsądek? Że dobra, bo pierze, sprząta i gotuje to się z nią ożenię? W dodatku ładna, idealny materiał na żonę? Niestety, to nie jest rozsądek. Nie ma miłości - nie ma szans na związek, małżeństwo i uniknięcie kiedyś rozwodu. Wierzę, że każdy w życiu spotyka miłość swojego życia. Prędzej czy później. Ważne tylko, aby on był miłością jej życia, a ona jego. Ot, przepis na szczęście.
Rozumiem mężczyzn, którzy naprawdę kochają, wiedzą, że chcą żyć z daną kobietą. Pierścionek, zaręczyny i chęć ślubu to dla nich oczywiste. Nie rozumiem tych, co są z kimś wiele lat, ale NIE WIEDZĄ, czy to ta jedyna. Do zaręczyn są "zmuszani" przez rodzinę albo i samą kobietę pytaniami "kiedy?". Może i oni czekają na przypływ głupoty. Trzymam kciuki, aby ta głupota nigdy nie napłynęła, a zamiast niej miłość. Albo rozsądek, aby się rozstać. 
Piszę to jako dziewczyna, nie NARZECZONA. I chociaż moment zaręczyn jeszcze przede mną, którego nie ukrywam, że nie mogę się doczekać, to wiem, że będzie w odpowiednim czasie, miejscu i z odpowiednim mężczyzną, który oświadczy się z przekonaniem, że ja jestem tą jedyną, a nie, że na  tą jedyną się nadaję. 


A Wy co sądzicie na ten temat? 

Czekoladowa

1 komentarz:

  1. Jako już żona powiem, że faktycznie warto czekać na właściwego mężczyznę i na właściwy moment. A prawdą jest też to, że jeśli będąc w już pewnym wieku (ok trzydziestki) spotykasz tę właściwą osobę to sprawy toczą się już zazwyczaj szybko. Takie 'przechodzone' związki to raczej domena dwudziestoparolatków. Takie są moje spostrzeżenia. A po ślubie może być tak samo, może być gorzej, może być lepiej. Wszystko zależy z jakim nastawieniem się ten ślub bierze :)

    OdpowiedzUsuń