środa, 9 grudnia 2015

Moje listopadowe denka

Witam.

Ten post miał się pojawić na samym początku grudnia. A dziś już jest 9.12. Sama nie wiem, kiedy ten czas zleciał. Znika mi jak roztapiające się płatki śniegu. Nie nadążam za nim.
 Dlatego post pojawia się dzisiaj, 9.12. Post o listopadowych denkach.


Zacznę od najlepszego produktu zużytego w listopadzie, czyli kremu do stóp Max Repair Evree. Na zdjęciu tubka wygląda na malutką, ale to za sprawą przekrojenia jej na pół, aby wydobyć resztki kosmetyku. Zawsze tak robię kosmetykom, których resztek nie potrafię wydostać. W rzeczywistości tubka zawiera 75 ml genialnego kremu za ok. 10 zł. Tubka, która nie jest jedną z tych bardzo twardych, a tą, z której bez problemu wyciskamy kosmetyk.
Zapach kremu specjalny nie jest. Pachnie delikatnie, na pewno nie rzuca się specjalnie, ale ciężko mi określić czy jest on ładny czy brzydki. Z pewnością są ładniej pachnące kremy do stóp.
Konsystencja kremu jest bardzo przyjemna. Nie jest ani zbyt gęsty ani lejący się.
I na koniec działanie. Po prostu świetne. Nie myślałam, że taki kremik za 10 zł będzie się tak fanie sprawdzał. Codzienne stosowanie kremiku na noc spowodowało nawilżoną, gładką i przyjemną skórę stóp. Ponadto szybko się wchłania. Genialny, na pewno po niego wrócę do sklepu.

Drugim kosmetykiem, który (niestety) zużył się w listopadzie to żel do higieny intymnej Facelle Sensitive. To już moja kolejna butelka. Nie ma się co dziwić, bo naprawdę jest fajny. Najbardziej jednak przeszkadzał mi w nim zapach, który i tak na szczęście nie jest zbyt nachalny. Jednak przyjemnym bo go nie nazwała. Co ważne, żel ten nie zawiera SLS, a to istotne przy tego typu produktach. Butelka nie jest zbyt sztywna, co pozwala na wydostanie odpowiedniej ilości żelu, nawet kiedy została już końcówka. Niestety nie widać ile żelu pozostało do końca opakowania. Dlatego zawczasu kupiłam kolejne opakowanie, tym razem z aloesem. Za jakieś 5 zł, a często w promocji.
Sam produkt ma żelową, płynną konsystencję. I, przynajmniej w moim wypadku, jest bardzo wydajny.
Nie powoduje żadnych uczuleń, swędzeń, podrażnień czy innych tego typu nieprzyjemnych spraw, a przy tym zapewnia świeżość na dłuższy czas. Warto też wspomnieć, że.... świetnie sprawdza się do mycia włosów (pozdrawiam włosomaniaczki!)


Następny produkt to mydło do rąk w żelu Ziaja grapefruit i zielona mięta. Muszę przyznać mu, że zapach ma świetny. Taki... w sam raz do mycia rąk. Wiesz, wracasz komunikacją miejską i czujesz potrzebę umycia rąk. Takie odświeżenie dla samych dłoni jest Ci potrzebne. I właśnie ten zapach je daje. 
Opakowanie ma wygodne, bo z pompką. Typowe dla mydeł do rąk. Jednak z tej pompki zawsze wydostała się jakaś resztka na umywalkę, co było irytujące. Zielona kropka na umywalce. Zawsze.
W opakowaniu mieści się 270 ml żelu. Żelu, który zawiera SLS, ale jakoś mi to tutaj nie przeszkadza. Bo mydło do rąk ma myć ręce, a nie pielęgnować. I tej pielęgnacji właśnie nie zauważyłam podczas stosowania. Ale od tego mam mnóstwo kremów.
Nie wiem czy wrócę do niego, bo chętnie sprawdziłabym inne zapachy.

Kolejny kosmetyk to żel pod prysznic Yves Rocher Red berries. Kupiłam go w poświątecznej wyprzedaży ze względu na zapach. Wcześniej miałam krem do rąk z tej serii, którego zapach kojarzył mi się świątecznie właśnie, i myślałam, że żel będzie pachniał tak samo. Jednak jest jakby trochę inny.
Opakowanie ma przezroczyste z naklejkami. Doskonale widać ile produktu zostało. I mieści w sobie 200 ml kosmetyku. 
Nie zawiera SLS, ale słyszałam opinie, że wysusza skórę. Ja wysuszenia nie zauważyłam. Za to fajnie się pieni, przez co jest bardzo wydajny. Wystarczył na długi czas, ale ja żele używam oszczędnie. Wystarczy mi większa kropla bo nie lubię zbyt dużej ilości piany na sobie. Może dlatego nie zauważyłam wysuszenia skóry po jego stosowaniu. 
Podsumowując, całkiem fajny żel, ale nie kupię go ponownie, bo znam żele o ładniejszych zapachach. Ten ma ładny, aczkolwiek przeciętny zapach. Poza tym to edycja limitowana. Świąteczna, ze Świąt zeszłego roku. 


Ostatnim, według mnie najgorszym zużytym kosmetykiem jest balsam do ciała Grace Cole brzoskwinia i gruszka. Długo się z nim męczyłam. Z początku zapach mi się podobał, ale po pewnym czasie chyba mnie zmęczył. Jego konsystencja jest płynna, moim zdaniem to bardziej mleczko niż balsam. Poza tym "wmasowanie" go w skórę zajmuje dużo czasu. Bardzo się rozmazuje więc trzeba trochę popracować, żeby się wchłonął. I stosować niewielką ilość, bo inaczej chyba w ogóle się nie wmasuje. 
Kiedy już uda nam się go wmasować, a produkt się wchłonie, skóra pozostaje gładka. Ale to niestety za sprawą parafiny zawartej w nim. 
Opakowanie ma całkiem wygodne, bo taka zwykła buteleczka, przezroczysta, pozwalająca obserwować ile produktu zostało. Mieści aż 500 ml balsamu (mleczka). 
Udało mi się go skończyć, ale już nie wrócę do niego. 

Miałyście któryś z tych produktów? Jak Wasze opinie o nich? 

Dalej nie mogę pojąć, że już 9.12. Ba, już się kończy. Za dwa tygodnie Święta. Gdzie jest ten upływający czas?

Czekoladowa

4 komentarze:

  1. Wiesz, że ja dzisiaj myślałam o tym samym? Gdzie ten czas tak szybko ucieka?

    OdpowiedzUsuń
  2. Mydło do rąk w żelu Ziaja grapefruit używam i jestem bardzo zadowolona :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo lubię kosmetyki, które mają w sobie nić zapachu gruszki. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaciekawiłaś mnie Ziają, jeszcze nie widziałam tej serii, grapefruit z miętą brzmi super :)

    OdpowiedzUsuń